piątek, 29 maja 2009

Twoja Stara organizuje konferencję i inne baśnie

W ten weekend miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w konferencji socjologicznej, po raz pierwszy po drugiej stronie barykady - jako jeden z organizatorów (powiedzmy). Ciężko mi się zaliczyć do insidera, gdyż całokształt był zaplanowany jeszcze przed moim dołączeniem do Sekcji Medialnej, a i w samych przygotowaniach właściwie nie brałem udziału. Na osłodę przyszło mi zostać specem od kwestii technicznych podczas samego iwentu. Yeah, a jak posadzisz makaka przed fortepianem to ci zagra Szopena. Tyle szczęścia, że w większości przypadków udawało mi się nadrabiać ignorancję mieszaniną szczęścia i improwizacji, chociaż radosna twórczość typu 'który z tych 6 wyglądających identycznie, nieopisanych przycisków włącza rzutnik?' nie jest mi już obca. Koszulki z nadrukiem 'byłem organizatorem konferencji a wszystko co dostałem to ta beznadziejna koszulka' nie dostałem, ale za to mam ładny identyfikator i wspomnienia, bo z tego co słyszałem zdjęcia obecnie są kolejnym 'kłopotem technicznym' ;]

Tak czy inaczej chylę czoła przed profesjonalizmem Ilonki i Mateusza (szefów odpowiednio Sekcji Medialnej oraz Władzy i Polityki, spiritus movens przedsięwzięcia), którzy against the odds doprowadzili całość do szczęśliwego (?) zakończenia. Rozważania, dlaczego frekwencja była tak niska pozostawiam w sferze domysłów, an educated guess jest taki, że tematyka stricte socjologiczna (albo chociażby medialna) jest dla przeciętnego człowieka równie obca jak konstrukcja okrętu podwodnego czy racjonalne myślenie. A studentowi UJ dupy ruszyć się nie chce bo zawsze ma coś ważniejszego do roboty.
By nie było za słodko mógłbym jeszcze ponarzekać na wiele spraw 'zewnętrznych' (jak chociażby fakt że faking Miecugow odwołał swoją obecność na dwa dni przed konferencją), ale skupię się chwilowo na jednym:

biurokracji.

[mental note: jakbym chciał być bardziej consistent w tym kontekście, to biurokrację też musiałbym ocenzurować ;/ ]

Wyobraź sobie niemożliwą do wyobrażenia liczbę papierków do wypełnienia (gotcha!). Teraz pomnóż ją przez dziesięć, a i tak nawet nie zbliżysz się do liczby, która musi zostać oficjalnie przemielona. Nie kłamię, by ruszyć tryby maszyny 'podatki > państwo > uczelnia > wydział > konferencja' trzeba zużyć papier powstały z wycięcia lasu równikowego wielkości Gruzji. A i tak idę o zakład, że wiem tylko o części papierkowej roboty, którą trzeba było załatwić.

Czemu było trzeba aż tyle podań i faktur? Hmm, bo tak jest w przepisach. Ale czemu jest tak w przepisach? Bo ktoś tak ustalił. Wedle jakich wytycznych? Hell if I know. W którym miejscu biurokracja, służąca w zamierzeniach jasności i przeciwdziałaniu nadużyciom, sama stała się niejasnym nadużyciem? Prawdopodobnie w chwili gdy kupowałem kebaba na Jasnej Górze, co miało miejsce gdy jeszcze chodziłem do podstawówki - krótko mówiąc nie mam pojęcia i nie wiem jak to ocenić. Co gorsza, żadna pojedyncza osoba tego nie wie, więc tworzone są komisje, które w biurokratyczny sposób próbują walczyć z biurokracją... Yeah, that seems just like a good plan. IMHO fak dat.

Ok, dość dygresji (aczkolwiek to dobry temat by trochę pogdybać, może w innej notce?). Tym czym naprawdę chciałem się zająć są rozważania, w jaki sposób zachęcić ludzi, by ruszyli tyłki na coś, co nie jest bezpośrednio związane ze sferą ich codziennych zainteresowań.
Ponieważ jest już późno, ograniczę się do najbardziej oczywistych stwierdzeń.

a) cycki! Podobno sex sells, ale wygląda na to, że ostatnimi czasy ludzie już mają tego przesyt, więc metoda się nieco dewaluuje. No cóż, może więc jakieś fetysze? Anyway, w ten weekend religioznawstwo organizuje konferencję 'Seks i Religia' i niech mnie szlag jeśli się nie pojawię. [może powinienem to wstawić jako google sponsored link? łodewa]
b) szok. Co prawda ostatnio jak przeglądałem słownik antonimów to pod słówkiem 'szok' znalazłem 'nuda, spokój, normalność, przewidywalność, socjologia' a w najnowszym cRPG ze studia Bioware jest czar "Goban-Klas", który sprawia, że wszyscy wokół zapadają w sen*, ale może uda się coś wymyślić.

* Ok, tutaj jestem nie fair. Prof. Goban-Klas był zdecydowanie w porządku i to pod każdym względem. Ale i tak brzmiało za dobrze by nie wykorzystać. I nie chcecie wiedzieć jak działa zaklęcie 'Świątkiewicz-Mośny'.

c) nazwiska lub elitarność. Te punkty nieco nie pasują, bo mają ręce i nogi, ale olać to. Prawda jest taka, że albo trzeba robić rzeczy z rozmachem i brać takie nazwiska, które kojarzy przeciętny człowiek słuchający Majki Trojanowskiej i Izabeli Jeżowskiej. Czyli Zybertowicz (the bastard), Staniszkis (aj waj), Heidtman (co? nie oglądacie Rozmów w Toku? ;p ) etc; albo w drugą stronę - robimy zamknięte imprezy dla osób ze środowiska i kisimy się we własnym sosiku, ale za to mamy zagwarantowane dobranie skali do potrzeb. Oba pomysły się raczej wykluczają, ale wydają się sensowne - przynajmniej w teorii. Czy faktycznie? O tym przyjdzie się przekonać podczas kolejnej, daj boże, konferencji. Ahoj przygodo!

wtorek, 19 maja 2009

Juwenalia sruwenalia

Pokażcie mi jak wypoczywa człowiek a powiem wam kim jest.

Juwenalia były i minęły, czterodniowy alkomaraton dobity koncertem Pejna w następnym tygodniu. Jak zwykle zaczęło się iście beznadziejnie - kto to widział, by w juwenaliowy czwartek nie dać godzin dziekańskich (sic!), zrobić dwa kolosy (SIC!) i jeszcze wyznaczyć spotkanie przedobozowe na 17.45 (faking SIC!!). Wieczorem nie pozostało nic tylko iść pić... zwłaszcza, że postanowiłem się wypiąć na tegoroczne juwenaliowe koncerty. Hey i Coma chyba już trzeci raz z rzędu grali, no do chuja pana, nie mogli zaprosić choć Dody albo Majki Jeżowskiej? Zawsze coś nowego.
Z doświadczenia jednak wiem, że równowaga w przyrodzie musi być - więc jeśli zaczyna się źle, to potem się poprawi (zazwyczaj działa to w odwrotną stronę). I rzeczywiście - w piątek wylądowałem wraz z socjo na kocyku na miasteczku AGH i było całkiem kulturalnie, zwłaszcza gdy znalazły się kiełbaski i alkohole przekraczające procentami zdrowy rozsądek :)
Trzeba było się jednak utrzymać w ryzach, gdyż na następny dzień zaplanowany był korowód - nie po to przywiozłem z Jawo przeklęty ponton, by zapić dzień wcześniej i zaspać rankiem.

Na szczęście w sobotę dopisały zarówno pogoda jak i moja forma, więc plan został przeprowadzony perfekcyjnie. Ponton był jak się patrzy, znalazły się chętne niewiasty (do bycia noszonymi, znaczy się) i frajerzy-tragarze. Czasem bywało ciężko, ale dotarliśmy aż na sam rynek przebijając się przez korowód niczym przez morskie fale. Muszę przyznać, że koniec końców wszystko wyszło nawet lepiej niż się spodziewałem, a jeśli chodzi o ilość zabawy do ilości poświęconego czasu/zachodu to w ogóle epic win.
Co nie zmienia faktu, że bohaterem poranka była dla mnie husaria na rowerach - ale nawet nie chcę wiedzieć ile się ci kolesie namęczyli z tymi przebraniami. Poza tym plusy mają u mnie ziomkowie w przebraniach KKK (duchów, duchów ;d) na końcu pochodu.
Kolejne przygody potoczyły się znanym trybem - Stary Port (z Maniekiem i Wojtusiem, pisującymi obok) >>> Miasteczko >>> Gandhiego >>> Miasteczko >>> Chuj wie (ale ważne, że był tam alkohol). Generalnie jak padłem w łóżko to następnego dnia zbudziłem się w godzinach późnopopołudniowych.
Wielki Plan zakładał: niedziela = trzeźwieję. Jasne, a twoja stara czesze Wodeckiego. Wieczorem telefon i nagle znajduję się na Bronowicach, a potem znowu na Miasteczku. I can see a pattern here. Enyłej, dalsze szczegóły wieczoru są poufne, mogę powiedzieć tylko jedno: Kunte ma u mnie duże piwo za to, że potrafi pozytywnie zagaić rozmowę z każdą przypadkowo napotkaną osobą ;]

Tygodnia roboczego nie pamiętam, ale zakładam, że był dość średni.

W sobotę zapakowałem swoje zwłoki w pociąg i hajda do miasta palm i metra. Spotkanie z Gośką bez opóźnień, ale stolica brzydka jak zawsze, w dodatku pogoda niezbyt miętowa. Co i tak było niczym w porównaniu z kłopotami z dotarciem do Progresji - najpierw wycieczka autobusem w ZŁĄ STRONĘ, potem szaleńcze próby zorientowania się w topografii. Naprawdę, aż się dziwię, że nie wyskoczyły na nas gdzieś orki. Ostatecznie skończyło się na *zaledwie* dwuipółgodzinnym spóźnieniu. Normalnie można by to olać, ale przez to nie dane było zobaczyć Gloom of Doom :( Z taką nazwą nie zdziwiłbym się jakby podczas koncertu przywołali na scenie szatana. Homoseksualnego. I ubranego w gacie Borata. A tak przyszło obejść się smakiem.

Nic to. Szybko załadowawszy w siebie dwa wzmocnione browarki byłem gotów do pokazania wszystkim jak się bawi Kraków. Na pierwszy ogień poszła Sirenia - taki sobie gotyk, ale nawet mógł się podobać. Klub natomiast zapełniony w połowie i ludki jakoś nieruchawe - trudno, uznałem, że na Pejnie się rozruszają.
I rzeczywiście, wpada Tagtgren i zaczyna się rozpierdziel - przynajmniej dla mnie i Gosi. Kapitalna setlista (Im Going In, On and On, Nailed to the Ground, SYM, It's Only Them, Just Hate Me - można tak wymieniać), mnóstwo energii ze sceny (widać było, że nie grają na odwal się), fantastyczne nagłośnienie. Trzy kawałki przeszły, a ze mnie już spływało. Tutaj niestety minus - mimo naszego wspólnego zaangażowania nie udało się ani razu zrobić porządnego młyna. Czy naprawdę przychodzi się na koncert by stać i jeno kiwać łbem? Dlaczego koleżanka ubrana na zielono i koleś w białej koszuli napierdzielają najbardziej na - było nie było - koncercie metalowym w sali pełnej brudasów? Beats me. I tak wygrywają ziomki siedzące na krzesełkach na końcu sali i bujający się od pasa w górę ;]
Całokształt był mega, ja skończyłem koncert półżywy. Potem nawet udało się przebić na tyły i pstryknąć parę fot. Oczywiście okazało się, że Peter i banda to naprawdę luźni kolesie :) Zero gwiazdorzenia, za to dodatkowy 'szacun ziomy' ode mnie.



(jezusicku, myślałem, że nie będzie aż tak widać mojego piwnego bandziocha... no nic, to jedyny wymierny skutek juwenaliów ;p ) Tak czy inaczej - Tagtgren z soczkiem pomarańczowym - bezcenne.
Gośka ma jeszcze fotę sam na sam z Piotrusiem, może ją opublikuje jeśli dostaniemy drugą serię zdjęć.

Podsumowując, było intensywnie i z nikim bym się nie wymienił. Portfelik już tak nie ciąży, mięśnie skończyły napierdalać, nawet niemal już się odespałem.
Co prowadzi do niezbyt przyjemnej konkluzji: sesja już za miesiąc.

Kurwa mać.

środa, 29 kwietnia 2009

Spot PiS, reklama Palikota

Nie chciałem by notki na tym blogu pojawiały się z częstotliwością strzałów z karabinu maszynowego, ale co zrobić, gdy jest tyle tematów które aż proszą się o skomentowanie? Dzisiaj na tapetę wezmę nowe spoty PiS-u, które zasługują na ciepłe, żołnierskie słowa pochwały. Zdecydowanie.

Pal licho pierwszy z nich, który był tak zły, że zajął się nim sąd, oskarżając o zaniżanie standardów reklamy politycznej... Zaraz, było niby inaczej? Doesn't matter. Wpisywał się w ostatnio obraną przez PiS strategię 'chorągiewki na wietrze', wygląda na to, że polityka miłości odwzajemnionej skończyła się na dobre.

Bardziej zaszokował mnie drugi spot, ten o Kalipocie. Przecierałem oczy ze zdumienia - jeżeli wewnątrz PiS działa siatka sabotażystów, to właśnie ta reklamówka jest koronnym dowodem jej istnienia. To nie-mo-żli-we by autorzy nie widzieli, to woda na młyn dla tego kolesia. Jak prywatnie mam dość (eufemism warning!) mieszane uczucia (/ew!) dotyczące pana Lipokata, tak nie mogę oddać pokłonu jego umiejętnościom PiaRowym. Każdy inny polityk odstawiający takie numery jakimi on może się poszczycić, już dawno byłby skreślony przez społeczeństwo (casus Kurskiego).

Pokilat jest chyba pierwszym u nas przypadkiem połączenia self-made mana i politycznego celebryty. To typowy na Zachodzie przypadek attention whore, karmiącej się publicznym zainteresowaniem zgodnie z zasadą 'nieważne czy dobrze czy źle, byle po nazwisku'. Jeśli utrzyma ten poziom zagrywek, PiS dalej będzie się dostosowywać do jego kopania po goleniach, nie zrobi żadnej poważniejszej wtopy umiejętnie balansując na granicy powagi, absurdu i groteski - to całkiem możliwe, że historia zapamięta go jaka nowożytnego Stańczyka.

Ale, jak mówię, tylko cienka czerwona linia dzieli go od bycia po prostu błaznem . Reakcja zainteresowanego bardzo odpowiednia... tyle, że całokształt to robota sapera. Ja coś czuję, że wkrótce Kolipat przegnie i popełni jakieś publiczne samobójstwo - a wtedy już nic mu nie pomoże, nawet historia nie osądzi, bo zostanie usunięty w mroki niepamięci. Ale tymczasem niech trwa bal! PiS wykupił miejsca na scenie i cały pierwszy, nomen omen, rząd.

Co ciekawe, ilekroć wpadam na jakiekolwiek komentarze dotyczące tych spotów, to nigdy nie wypowiadają się medioznawcy czy socjologowie, tylko osoby niezwiązane bezpośrednio z tematami reklamowymi czy kreowaniem mass mediów. Interesujące... Czyżby spisek?

Temat oddziaływania mediów na opinie i nastroje społeczeństwa jest głęboki jak rzeka. Samospełniające się proroctwa (czy faktycznie mamy kryzys czy to tylko wymysł dziennikarzy, panie dzieju?), przemilczanie tematów i skupianie się na zastępczych, kreowanie wizji świata... Konstruktywiści byliby zachwyceni. Problemem jest to - przynajmniej w Polsce, ale patrząc na kampanię prezydencką w USA, kolesie zza wody mają ten sam problem - że punkt siedzenia określa punkt widzenia. Dzisiaj każda sprawa ma swój wymiar polityczny (to chyba spuścizna PRL-u, tam też Władza miała mieć na wszystko baczenie), a wśród komentatorów wydarzeń ciężko znaleźć osoby, które nie zajęłyby już stanowiska wobec rządu i opozycji.
Tak naprawdę odnoszę wrażenie, że z politycznego punktu widzenia dzisiejsze społeczeństwo polskie dzieli się na trzy obozy: proPiS, antyPiS (wbrew pozorom to nie są platformersi, duża część społeczeństwa poparłaby dowolną kompromisową partię przeciwko PiSowi) oraz największy z nich, people who don't give a fuck. Niestety, wygląda na to, że dziennikarze i publicyści - chcąc, nie chcąc - rekrutują się tylko z pierwszych dwóch.
Sprawia to, że rzetelna analiza jest w gruncie rzeczy niemożliwa. Dla proPiSowców Palikot to gnida, a reklamówka o nim mówi samą prawdę. AntyPiSowcy widzą w nim lisa Witalisa lub boskiego prostaczka, w każdym razie osobnika krzyczącego 'król jest nagi' i mającego często rację; w dodatku niezwiązanego z PO, gdyż jego wizerunek tak daleko odbiega od tego kreowanego przez Tuska&co., że nie sposób ich ze sobą zestawić.
Jak odbierają go osoby interesujące się polityką w sposób czysto, bo ja wiem, rozrywkowy? Nie chodzi mi o akademików, a o ludzi, którzy najpierw martwią się tym co do garnka włożyć, a do polityki podchodzą na zasadzie 'i tak istnieje tylko jedna partia: Teraz Kurwa My.'
Cóż, pewnie nie dają faka. Idzie zrozumieć.

Ta dygresja potrzebna mi była po to, żeby wskazać, że obóz osób generalnie olewających polityczną nadbudowę powinien się zmniejszać. W końcu docierają do nich tylko przekazy pisane przez osoby posiadające już jakieś mniej lub bardziej silne przekonania. Nawet jeśli założymy sytuację idealną i dziennikarze będą się silić na obiektywność (co czasem robią, z marnym skutkiem - patrz Dziennik), to i tak casus intersubiektywizmu ich dopadnie.
Krótko mówiąc przegrana sprawa? Grozi nam totalna inkluzja polityczna, napędzana machiną mediów?

A jednak nie. Z dwóch prostych przyczyn, o których często zapominają prawicowi publicyści, pisząc o 'lewicowym praniu mózgu' i 'michnikowskich ćwierćinteligentach'.
Pierwsza, wynikająca z samego założenia: twój świat nie jest moim światem, nie musimy rozumować dokładnie po tych samych liniach. O tym często zapominają radykałowie, zarówno z lewej jak i prawej strony, rozciągając swój światopogląd na całokształt społeczeństwa.
Druga kwestia to pewne empirycznie dowiedzione teorie dotyczące możliwości poznawczych każdego człowieka. W badaniu na pytanie 'czy czujesz, że media tobą manipulują' circa 4/5 odpowiedziało NIE. Znowu na pytanie 'czy czujesz, że media manipulują społeczeństwem' jakieś 60-70% odpowiedziało TAK.

Something's seriously screwed up, huh?

Cóż, zwie się to hipotezami efektu, odpowiednio, trzeciej i pierwszej osoby. Pierwsza twierdzi, że ludzie przeceniają wpływ przekazów medialnych na innych, druga - że nie doceniają wpływu na siebie. Idąc ad absurdum można z tego wywieść, że jedynymi osobami zmanipulowanymi przez media są osoby odpowiedzialne za kreowanie mediów ;p

Oczywiście kpię sobie, ale odnoszę jakieś tam wrażenie, że dziś każda sprawa i wydarzenie gospodarcze, moralne, społeczne, religijne; wypadki losowe, biurokracja, imprezy kulturalne i sportowe; naprawdę cokolwiek - ma wymiar polityczny. A dziennikarze, którzy powinni pomagać społeczeństwu w wyrabianiu powszechnie uznanej prawdy, tylko pogarszają sytuację.
Aaa, no tak, bo oni tak naprawdę szukają i opisują Prawdy.
A potem się jedni z drugimi dziwią, że ludziom nie chce się iść do urn. No cóż, skoro polityka jest obecna w naszym życiu 24/7, to chyba nic dziwnego, że ludzie postanawiają sobie wziąć od niej wolne akurat w jeden z nielicznych dni, gdy naprawdę mogą mieć od niej spokój. W dzień głosowania. To zbiorowe, oddolne fakjuol wymierzone w polityków, tyle tylko, że dopinguje ich do jeszcze bardziej wzmożonej pracy.

Najśmieszniejsze jest to, że znowu każda odgórna próba pozbycia się choć odrobiny polityki z życia publicznego będzie w gruncie rzeczy będzie miała efekt odwrotny do zamierzonego, na zasadzie taktyki 'nie myśl o słoniu'.

Jeśli ktoś wymyśli wyjście z tej patowej sytuacji to ma niezłe zadatki... by zostać politykiem.

edit: no i jak tu nie kochać PiS? Ledwie co zdążyłem opisać dwa spoty, oni wypuszczają trzeci. I begin to see a pattern here. I mówię tutaj raczej o stylu i przesłaniu: postraszmy, wytknijmy, skrytykujmy. Co prawda w ostatnim wreszcie zaczyna być coś pozytywnego o PiS, a nie tylko złego o PO, ale mleczko już się rozlało.
Przede wszystkim zastanawiam się ciągle do kogo są skierowane te spoty. Do wyborców PO? Zapewne tak, pytanie tylko czy zniechęcenie (jeśli się w ogóle uda) wyborców do PO zagwarantuje zwycięstwo PiS. Najprawdopodobniej ci przekonani przez spoty partii Kaczyńskiego i nie głosujący jednocześnie na PiS we wcześniejszych wyborach (są tacy?) po prostu nie pójdą do urn.
Może więc kampania skierowana jest do zwolenników PiS? To też możliwe, z tym, że przecież ich nie trzeba już przekonywać - wszyscy, którzy obecnie pozostali przy partii Kaczyńskiego to osoby autentycznie przekonane o słuszności jej linii politycznej bądź/i widzący wilcze oczy Tuska.

Cały obecny problem PiS polega na tym, że swoimi poprzednimi działaniami spowodował dużą polaryzację społeczeństwa. W chwili obecnej tylko garstka osób głosująca na inne opcje w ogóle rozważałoby przejście do obozu PiS. Całkiem więc możliwe, że jedyną opcją jest negatywna kampania, w zamierzeniach zmniejszająca odsetek ludzi głosujących na PO w przyszłych wyborach. Pytanie tylko czy a) to wystarczy PiS do odzyskania władzy i b) czy przypadkiem, na zasadzie 'gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta' najlepiej na tym wyjdzie lewica.
Sądząc po działaniach spin doktorów PiSu odpowiedzi mają się odpowiednio 'tak' i 'nie'. Ja sam wcale nie byłbym do tego przekonany, w gruncie rzeczy wydaje mi się, że obecne medialne natarcie zda się psu na budę (do wyborów jeszcze sporo czasu), a całkiem możliwe że nastąpi nawet efekt bumerangu.
Wcale też nie wykluczałbym kwestii redukcji dysonansu ludzi głosujących wcześniej na PO. To może być duża 'tajna siła' stojąca za PO i trzymająca wyborców w ich obozie.
Dla tych, którzy nie wiedzą o co biega, wyjaśniam: to ludzki mechanizm sprawiający, że dostosowujemy przekonania do działań pierwotnie z nimi niezgodnych (zgadza się, nie odwrotnie!). Przykład - osoba głosująca w poprzednich wyborach na PO tylko po to by odsunąć PiS od władzy będzie dużo bardziej skłonna patrzeć na pozytywne, a nie negatywne aspekty rządów Tuska&co. To prosty mechanizm, człowiek po prostu nie może sobie pozwolić by jego celoworacjonalne działania nie były uzasadnione w wystarczająco mocny sposób.

Żeby nie było za słodko: chwilowo nie ma co wyrokować. Do realnego rozpoczęcia kampanii jeszcze sporo czasu, ale miło widzieć, że już zaczyna się robić ciekawie.

edit2: łożeszkufa, jeśli Piotr Semka (człowiek, który sam robi za desygnat konserwatyzmu oraz zazwyczaj wali w PO i liberalizm jak w bęben) prostuje informacje zawarte w spotach PiS, to znaczy, że ktoś naprawdę odwalił fuszerkę.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Praczetyzacja

Żem se kupił Praczeta. Książkę jego, znaczy się. Nieszczególnie nową, ale za to ze Świata Dysku i po angielsku. Feet of Clay, zwie się. I wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że przed tygodniem pochłonąłem 'Men at Arms', dwa tygodnie temu 'Guards! Guards!', a miesiąc - 'Going Postal'. Teraz poluję na Jingo! i The Fifth Elephant.

I to mówi człowiek, który nie tak dawno (przed kilkoma laty, doh) twierdził, że Praczet go najzwyczajniej w świecie nudzi. No tak, jasne. Znowu wychodzi, że wszystko jest względne, a odbiór dowolnego dzieła jest bardzo zależny od oczekiwań.
Moim problemem było to, że swoją znajomość z Praczetem zacząłem od powieści należących do wczesnego okresu. Jak wie każdy amator pisarstwa tego pana, twórczość dzieli się na dwa okresy. Wczesny - gdy całokształt był przede wszystkim humorystyczno-groteskowy; oraz późny - gdy powieści zaczęły być bardziej doprawione gorzką ironią, pokazujące nasz świat w krzywym zwierciadle.
Przejście między jednym a drugim nie okazało się bezbolesne. Krótko mówiąc odbiłem się niczym piłeczka.

Wygląda na to, że dopiero teraz, gdy mojego zainteresowania objęły tematy okołosocjologiczne, mogę docenić 'późnego' Praczeta. Ten facet ma niesamowitą zdolność wykrojenia pewnych (mniej lub bardziej charakterystycznych) cech społeczeństwa i rozdęcia ich do rozmiarów, dzięki którym czytelnik uświadamia sobie jak głęboko jest wkopany w rzeczywistość społeczną. Biurokracja? Proszę bardzo, Gildia Złodziei w Ankh-Morpork płaci podatki i napadniętym osobom zostawia pokwitowania. Różnice kulturowe? XXXX, kontynent tak suchy, że ludzie piją tam piwo z powodu braku wody, ale poza tym to spoko, koleś. Równouprawnienie? Osobniki z Campaign for the Equal Heights robią doskonałą, no, robotę.

A właśnie, kwestia języka. Nie chcąc niczego ujmować panu Cholewie (tłumaczowi), Praczeta należy czytać po angielsku. To po prostu pasuje do jego prozy. Z dwóch powodów - jego absurdalne opisy i cięte dialogi są czasami po prostu nieprzetłumaczalne. Już nie wspominam o tak prostych tekstach, jak przyśpiewki krasnoludów typu 'I mine in my mine and whats mine is mine' . Tu chodzi o rzeczy typu dialogu sierżanta Colona i posterunkowego Nobbsa, który właśnie się dowiedział, że jest szlachcicem i rozważa możliwość sprzedaży swego tytułu:
- Posh folks would be fallin over themselves for it.
- Sell m' birthright for a spot of massage, right?
- It's a pot of message.
- It's a mess of pottage.
- Hah! Well I tell you, some thing can't be sole. Hah!

Totalna rzeź, przecież to jest nieprzekładalne. Już nawet nie wspominam o wielkim, wyjącym napisie 'Biblical allusion here', który unosi się gdzieś nad tym kawałkiem tekstu. Tłumacząc trzeba albo kombinować i naginać sens albo opuścić dowcip. Hard call.

Drugi powód jest mniej oczywisty: jakkolwiek Pratchett może wytykać absurdy rzeczywistości, wciąż pozostaje nieodrodnym synem angielskiej middle class! Po prostu nie wypada czytać go w innym języku...

No i jest jeszcze trzeci powód, ale dość subiektywny: po angielsku Pratchett ma lepszy feel.

Having said that, mam zamiar ominąć 'Thief of Time'. Zen i odgłos wydawany przez kolor żółty ciągle pozostają poza sferą moich zainteresowań. Mu!

czwartek, 23 kwietnia 2009

April meself

Note to myself: półmetki powinny być co drugi tydzień. Dwa i pół roczku soc przeleciało jak z bicza strzelił, a imprezka okolicznościowa dorównała oczekiwaniom. Za temat wybraliśmy wiejskie wesele i było prawdziwie profesjonalnie: pochód pięknych druhen, ksiądz i jego ministrant, trzy młode pary, onkel vrom ze hamerica, przebojowy wodzirej, człowiek przebrany za człowieka w dredach (inside joke) i mnóstwo doskonałej zabawy. Nie ma co się rozpisywać, kolejna party do której będzie się równać te, które dopiero nadejdą.


Na zdjęciu: a'Sia, kuzyneczka z Ameryki, Doda, wschodząca gwiazda polskiej telewizji, no i last but not least mła: skromny rezydent Wołomina na południową Polskę ;)



Z innych wieści - zapisałem się do Sekcji Medialnej KNSS i dzisiaj nastąpi pierwszy test: półformalne spotkanko z byłymi koordynatorami Sekcji. Jako jeden ze 'świeżaków' jestem jednym z odpowiedzialnych za powodzenie całej akcji. Nie sądzę, by coś mogło pójść źle (oh rly?), ale wiadomo jak to bywa. W każdym razie jeśli notki przestaną się ukazywać, to będzie oznaczało, że Ilonka (obecny koordynator) odgryzła mi głowę.
Well, that could be funny, too.


Profesjonalne i ascetyczne logo zawdzięczam Maniekowi (MNQ - link obok). Skoro już tu przypadkiem zajrzałeś, to możesz wpaść też na jego bloga i poczytać co ma do powiedzenia (ew. pooglądać fajne laski). Ale nie musisz, i tak ma u mnie czteropak, więc mu wystarczy ;)

Okazje związane z datą 23.04 (useless fact): fajnie widzieć, że jakiś kraj zdobył tego dnia niepodległość: Conch Republic Independence Celebration (Key West, Florida) - April 23

sobota, 18 kwietnia 2009

Mitologia Łysiaka czyli jak nie zostałem prawicowcem

Ostatnio, nieco na zasadzie 'trzeba znać wroga' kupiłem sobie nowego Łysiaka. Co książka zawiera nietrudno zgadnąć - dostaje się generalnie ujętej lewicy, jej manipulowaniu mediami, części solidarnościowców i Okrągłemu, kreowaniu autorytetów, kolesiostwie czyli Gazecie i Michnikowi oraz jego bandzie pomagierów i podnóżków. Autor odbrązawia demokrację, pokolenie '68, tępi feminizm, Unię, lewactwo, liberalizm i rozwiązłość, wynosząc na piedestał konserwatywno-prawicowe Prawdy Absolutne.
I wszystko byłoby super, gdyby tylko nie fakt, że w swoich wywodach posługuje się tymi samymi chwytami manipulatorskimi, co osoby i media, które wskazuje palcem. Nie mi rozstrzygać czy to fair i czy cel uświęca środki, ale czasem aż w oczy kole. By zbytnio się nie rozwodzić, jedynie najbardziej jaskrawe przykłady.

Dwa najczęściej stosowane przez Łysiaka triki to supozycje (czyli podawanie opinii za fakty) oraz coś, co chyba najlepiej określić jako dobieranie faktów pod teorię połączone z double standards (pierwszy z brzegu przykład: w tekście gazeta Angora jest określana jako lewicowa [btw. jak można tak określić gazetę drukującą felietony Mikkego?] - czyli w słowniku Łysiaka kłamliwa i manipulatorska - by potem spokojnie podawane były z niej passusy potwierdzające inne tezy; w momencie gdy autor rozważa kreowanie autorytetów wali w lewicowe pseudoautorytety jak w bęben, a o takim Zybertowiczu ani piśnie).

Inne sofizmaty chętnie stosowane w książce to chociażby:
- argumenty ad personam (Łysiak wścieka się gdy jego autorytety są określane chociażby jako 'alkoholicy' czy 'pętacy' natomiast nie ma kłopotów z wyzywaniem innych od 'obłudników', 'terrorystów', 'chamów' czy pastwieniem się nad życiem seksualnym Lisa lub 'paraapoplektycznym pluciu Bartoszewskiego'. Aaa, bo jak ktoś tak mówi to są ataki i pomówienia a jak Łysiak to tylko fakty. Doh.
- argumenty ad populum (do tłumu) - czyli wskazanie na jakiś aspekt sprawy nieistotny dla tematu, ale wywołujący emocje u bezkrytycznych czytelników (tutaj doskonałym przykładem jest pojawienie się - a jakże - lóż masońskich i rad żydowskich, ale o tem potem)
- petitio principii (założenie jako dowód) - piekielnie częste, duża część książki opiera się na argumentach typu 'liberalizm jest zły bo nie można relatywizować moralności' itp.)
- argumenty ad verecundiam (do poważania) - nieprawne powołanie się na autorytet, autor nie raz i nie dwa cytuje Herberta czy Napoleona. Jaki rozsądny człowiek by się nie zgodził z takimi tuzami historii?
- symplifikacja wartości - krótka piłka. Większość tego co prawicowe jest dobre, wszystko co lewicowe złe. Mechanizm bardzo prosty, potem już nawet nie trzeba pisać 'kłamliwa GW', wystarczy samo 'GW'.
- emocjonalizacja - gdy Łysiak pisze o rzeczach mu bliskich, to zawsze one są 'zagrożone', 'niepewne' a wokół jest mnóstwo sił, które próbują je wyplenić. Któż nie stanąłby w obronie takich wartości jak polskość i tożsamość?
- last but not least, ciągłe wykorzystywanie perswazyjnych elementów języka. Pełno tu tego, do wyboru, do koloru: wzmacniające, osłabiające, wyrażające postawy wolicjonalne, słownictwo ekspresywne, kwantyfikatory... take your pick.

Dodać do tego można jeszcze kłamstwo (bo nie wierzę, że ignorancję) w pewnych sprawach, gdy chociażby zasada doboru naturalnego teorii ewolucji zostaje podsumowana przez słówko 'przypadek'. Naughty naughty.

Wszystko to nieco mnie smuci, gdyż Łysiak - w przeciwieństwie do innych popularnych prawicowych publicystów pokroju Ziemkiewicza czy JKM - jest prawdziwym erudytą. Pod tym względem kasuje prawdopodobnie każdego innego zaangażowanego pisarza z Polski, bez względu czy mowa o prawej czy lewej stronie. Dodatkowo wyjątkowo dobrze się go czyta i widać (nawet gdyby tego samochwalczo nie przyznał na początku ;) ), że albo faktycznie nad tekstem intensywnie pracuje... albo kłamie i ma pióro godne najlepszych pisarzy. Ponadto spośród innych prawicowych gryzmoleńców wyróżnia go jedna cecha - pewna doza dystansu do siebie i własnej twórczości. Myślę, że nie miałbym obiekcji, by się z nim napić kolejkę albo i dwie ;]

Oczywiście, dystansu Łysiak nie posiada względem swoich przekonań. Zastanawia mnie, czy w ogóle jest możliwe, by prawicowiec mógł choć na chwilę wziąć w nawias swe poglądy i spojrzeć na nie niejako 'spoza'. Łysiak powiedziałby, naturalnie, że nie, bo wtedy byłby zafajdanym lewakiem, nie prawdziwym bojownikiem o Prawdę. Mnie samemu wydaje się to niemożliwe, przynajmniej w Polsce, gdzie prawica nieodmiennie kojarzy się z katolicyzmem, a przynajmniej z takową moralnością i zestawem postaw.
Tak naprawdę prawicowość w wydaniu Łysiakowskim wydaje mi się godną poklasku - aczkolwiek z góry skazaną na niepowodzenie - pogonią za prostym światem. Gdzie 'dobrzy' są Dobrzy, a 'źli' Źli. Gdzie jest tylko czerń i biel, bez odcieni szarości. Gdzie Niemcy i Rosja to Wrogowie, nie rywale; gdzie lewica to manipulatorzy i nędznicy, nie osoby o innym światopoglądzie; gdzie nowoczesne trendy muszą oznaczać degrengoladę moralną i gdzie Polskę tworzy się na zasadzie odrzucenia wszystkiego co niepolskie.

I tu właśnie tkwi sedno sprawy i jednocześnie przyczyna, dla której nie będzie mi dane nigdy zostać prawicowcem: jako socjolog-wannabe widzę, że jest inaczej. Prawica mówi, że istnieje tylko jedna Prawda. Popularne porzekadła - że są trzy prawdy albo prawda jest jak dupa. Mnie tymczasem wydaje się, że liczba prawd przypadająca na samą jednostkę jest daleko większa niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. To jak pizzeria: każdy dobiera sobie swój zestaw 'prawd' spośród wszystkich mu oferowanych.
Tu leży pies pogrzebany, bo czasami prawdy zachodzą na siebie i wzajemnie wykluczają. Niegrzecznie z ich strony, prawda? Ale wystarczy spojrzeć na taki przykład: 'Wałęsa był współpracownikiem SB i jest godny najwyższej pogardy' oraz 'Polska potrzebuje mitu narodowego dotyczącego upadku PRL'. Która z tych prawd jest prawdziwsza? Każdemu przyjdzie rozstrzygnąć samemu. Uznajesz obie? No to sory, w oczach Łysiaka jesteś relatywistą, a więc równie dobrze możesz iść sobie kupić serniczka z rodzynkami. Nic tu po tobie.
Inny mój prywatny kłopot z Jedyną Prawdą polega na nieuznawaniu hasełka 'Prawda nas wyzwoli'. Co prawda tej tezy nie ma u Łysiaka wyłożonej explicite (przynajmniej w tej książce), aczkolwiek jest ona widoczna niczym księżyc w pełni podczas bezchmurnej nocy na szczycie Giewontu i to bez alkoholu. A IMHO - to cholerny oksymoron jest. Jeśli faktycznie istnieje ta jedyna, idealna prawda, to oznaczałoby, że mamy tylko jedną drogę do wyboru, bo wszystkie inne to kłamstwa. Zero wolnej woli, zero własnego myślenia, zero inicjatywy - jest Prawda.
Jedyna Prawda wydaje mi się być niczym łagr. Albo nawet gorzej, tam przynajmniej można było zacząć strajk głodowy.

Jest jeszcze jeden aspekt, który warto poruszyć. Chodzi mianowicie o wielką przepaść jakościową między rozdziałami, gdzie Łysiak dowala pojedynczym osobom, a tymi, gdzie zajmuje się szerokimi kwestiami społecznymi.
Tam, gdzie na obrzucani błotem są 'bohaterowie' lewicy (Wałęsa, Geremek, Bartoszewski, Wajda, Lis, Kapuściński et consortes) autor autentycznie sięga bruku i wpada w autoparodię. Widać, że nie cofnie się przed niczym, by tylko pogrążyć danego delikwenta. Wychodzi to dość żałośnie, zupełnie jakby Łysiak miał do powyższych jakieś osobiste urazy.
Natomiast w chwili, gdy przechodzi do takich spraw jak upadek moralności, wypaczenia demokracji, zanik europejskiego ducha, nagle stwierdzić można, że Łysiak to bystry obserwator rzeczywistości, obdarzony zmysłem badacza na dodatek. Niestety, wszystko to się sypie w chwili, gdy z diagnozy przechodzimy do przyczyn (wszystko wina lewicy i lewactwa) oraz wniosków (wszystko zostanie uzdrowione, gdy wyeliminuje się lewicę i lewactwo). To tak jakby przyjść do doktora z grypą, którą on doskonale zdiagnozuje... po czym za powód zarażenia poda porwanie przez UFO, a jako terapię - amputację nogi. Tak się po prostu nie da - gdy wciskamy każdą sprawę w ten sam garniturek (formę) to nie ma co się dziwić, że na niektórych źle leży, a na innych przyciasny.
Co ciekawe, wbrew swemu koledze po piórze JKM, Łysiak nie ma kłopotów z cytowaniem socjologów. Naturalnie trafiają się tylko sądy ewaluacyjne, no i nietrudno się domyślić podług jakiego klucza ich dobiera (witamy panów Giddensa i Huntingtona). No, ale zawsze to jakiś postęp - może kiedyś i mój ulubiony klaun prawicy JKM przekona się do socjologii i wynajmie jakiegoś zioma, który wytłumaczy mu, dlaczego 'głosuje na niego tylko 200k ludzi choć chciałoby dwa miliony.'
Ciągnąc wątek łysiakowych wywodów n/t społeczne: wreszcie zrozumiałem, dlaczego jest taki popularny! Co prawda nikogo nowego nie przekona, ale jeśli się z nim zgadzasz podczas lektury, to jest naprawdę świetnie! Tak było w chwili, gdy zaczął jeździć po hipisach, wojującym feminiźmie czy dołożył temu pieprzonemu pedofilowi Cohn-Benditowi. 'Ojej, taki inteligentny, oczytany człowiek i ma takie same poglądy jak ja!' Sama radość! Nie ironizuję w tej chwili - naprawdę, gdy czyta się to wszystko JUŻ mając takie same poglądy jak autor to nijak nie idzie popaść w błogi stan samozadowolenia. Bo tu mądrym cytacikiem zaskoczy, a tam ładnie paluszkiem zdrajców wskaże.

Sprawa ostatnia, która przyszła mi do głowy w chwili gdy zobaczyłem, że autor wspomina o żydowsko-masońskich spiskach: czy on sam sobie nie uświadamia, że może być ich częścią? Przecież jeśli to są tacy łebscy ludzie, żeby panować nad światem (IMHO taka banda już po miesiącu by się kłóciła jaki jest dzień tygodnia, a nie jak sterować Boeingiem za pomocą Margaret Thatcher sterowanej przez Nadleśnictwo Podlaskie) to przecież i Łysiakiem mogą manipulować! Aaa, nie mogą, bo on ma własne poglądy, więc nie może dać się zmanipulować, więc ma własne poglądy, koło się zamyka. Szczególnie, że Łysiak autorytetów nie ma, wiadomości czerpie tylko z zaufanych źródeł, więc jakiejkolwiek szansy zarażenia się lewacką socjotechniką - brak.
A przecież już nie od dziś wiadomo, że najważniejsze to jest mieć WYBÓR. Toteż te żydomasońskie loże stworzyły lewicę - która zaprzecza ich istnieniu; oraz prawicę - która formalnie próbuje walczyć z Układem, także światowym. No ale jak tu walczyć, gdy się jest sterowanym? Cudze gadanie przecież nie boli (przeciętny człowiek powie: ach, jesteśmy sterowani przez światowy spisek, mam nadzieję, że rząd coś z tym zrobi, dzieci siadajcie do kolacji), a i popkultura potwierdza tę tezę - nigdy nie słyszeliśmy o jakimkolwiek rozbiciu siatki masonów (co musiałoby pociągnąć za sobą nieuchronny upadek libertyńskich cywilizacji, he he). Tak samo nie ma dowodów na ich istnienie, ale przecież właśnie brak dowodów jest najlepszym dowodem.
DOH.

Żarty żartami, ale jeśli osoba uważana za czołowego reprezentanta myśli prawicowej nie potrafi stworzyć niczego ponad dobry paszkwil, to mam pewne obawy co realnego potencjału całej sceny. Marzy mi się jakaś prawicowa analiza polskiej rzeczywistości, ale taka w amerykańskim stylu - gdzie praktyka zostaje przedłożona nad ideały, a cel nie przesłania większości pola widzenia.
U Łysiaka nie co na to liczyć.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Mr. Samael, welcome to Mediocrity, pop. MILLIONS and rising

Istnieje niewiele zespołów, o których warto pisać. Wygląda na to, że nawet w muzyce panuje rozkład normalny. Niewiele świetnych, niewiele tragicznych i całe morze przeciętności.
Oczywiście to rzecz subiektywna, a gdy schodzimy do podgatunków, liczby bezwzględne się zmniejszają. Toteż w dziedzinie mniej lub bardziej metalowej są tylko dwa zespoły, na które warto zużywać klawiaturę. I jeden z nich w marcu wydał nową płytę.

Fonderwul, ain't it?

No właśnie. Nowa płytka Samaela, pierwotnie planowana jako side project, wyszła pod głównym labelem. Nie zrozumcie mnie źle - Samael ujął mnie doskonałym połączeniem muzyki elektronicznej i ostrzejszych brzmień oraz faktem, że ich późniejsze lyricsy były czymś dużo więcej niż tylko agresywnym, nihilistycznym bądź/i antyreligijnym pierdzeniem.
Z czasem zespół łagodził brzmienie (przedostatnią płytkę już niemal dałoby się na baunsing przynieść), ale gdy inni odsądzali go za to od czci i wiary, dla mnie był to wskaźnik dojrzałości i faktu, że nie boi się iść w rejony, gdzie niewielu było przed nim.

Pierwsze oznaki, że coś jest nie tak, dotarły do mnie wraz z trzema trackami z nowej płytki. Jeden z nich był naprawdę dobry - szybki i z kopem (niezwykłe u tego zespołu), a jednocześnie nie pozbawiony melodyjności i tego nieuchwytnego 'czegoś', sprawiającego, że kawałki Samaela zyskują tylko w miarę kolejnych przesłuchań.
Dwa pozostałe natomiast... Tam zostały tylko tempo i agresja, cała reszta została właściwie wykarczowana.
'No nic' - pomyślałem - 'Samael często dawał najsłabsze tracki ze swoich płyt jako teasery, więc nie ma się czym przejmować.'

Kurwa błąd.

Płytka wyszła i nakryłem się nogami. Na usta cisnęłyby mi się nieparlamentarne słowa, gdyby nie fakt, że akurat były zajęte... ziewaniem. Zgadza się. Nowy krążek Samaela jest jednowymiarowy, utrzymany w jednostajnym tempie, kawałki są podobne do siebie, mało ambitne, po prostu NUDNE.
Co tam nudne. Wręcz żenujące. Szczerze mówiąc z całej płytki do słuchania nadają się DWA kawałki - te, w których spod generalnego napierdolu da się wyłowić dawny styl. Reszta... reszta nie jest zła. Ani też dobra. To jest najgorsze - jest po prostu przeciętna. W ten sposób grają niepoliczalne hordy metalowych śmieszków.
Przyznaję, gdyby coś takiego nagrał zespół z Polski byłbym dumny z umiejętności naszych rodaków. Ale tutaj mam do czynienia z zespołem, który jako jeden z może dziesięcioma innymi ukształtował moje upodobania muzyczne. To naturalne, że wymagania są większe - i tych wymagań Above nijak nie spełnia.

Nie wiem czy to zaplanowany z rozmysłem skok na kasę (idę o zakład, że poprzednie, w jakiejś mierze awangardowe, płytki nie miały dużego targetu) czy też znudzenie obecnym do tej pory stylem - w każdym razie to nie jest płytka, którą chciałbym zaliczać do dyskografii Samaela. A muszę.
W żadnym razie jednak nie stawiam na nich kreski, mając nadzieję, że to jednorazowy wybryk. Ale faktem pozostaje, że mój stan oczekiwania na kolejny release przeszedł z 'excited' do 'sceptical'.

Tak czy inaczej, od Above należy trzymać się z daleka.


Widzicie? Nawet nowa okładka jest z serii 'stay away, I bite'.